Historia pewnej boreliozy

Zawsze byłam osobą aktywną. Zarówno sportowo, jak i zawodowo. W pewnym stopniu pracoholiczką. Praca na etacie, często również dodatkowa, dom, psy, dodatkowe zajęcia, wyjazdy, spotkania ze znajomymi. Doba zawsze była za krótka, a pomysłów na życie milion. Ciągle w ruchu. Nigdy nie chorowałam, nie chodziłam na zwolnienia. Silna, zahartowana, nie do zdarcia… 3 lata temu, w końcu 2015r. zaczęło się ze mną coś dziać. Coś, czego nie rozumiałam…

Zaczęło się od problemów z przewodem pokarmowym, wymioty, krwawienia. Zwalałam na stres, nowe projekty, którymi kierowałam, przemęczenie. Ale wydawało mi się to dziwne, ponieważ zawsze lubiłam nowe wyzwania i poczucie odpowiedzialności. Wizyty u gastrologa, proktologa, badania niczego podejrzanego nie wykazały. Potem pojawiły się problemy z sercem i ciśnieniem (rzędu 190/130), potworne zawroty głowy, migreny. Leki na nadciśnienie, usg serca. Cały czas wydawało się, że to jakiś mały „wycinek” mnie szwankuje, że zaraz będzie lepiej, że przejdzie. Ale nie przechodziło…

Doszły bóle kręgosłupa i stawów, głównie biodrowych, kolan, barków – nie wytrzymywałam siedzenia w pracy. Nie byłam w stanie usiedzieć za biurkiem, schylać się, podnosić. Często pomocy potrzebowałam przy zakładaniu butów. Musiałam robić przerwy w pracy, by poleżeć. Problemem stało się dla mnie wejście po schodach na drugie piętro. Bolało strasznie. Gdzie moje wycieczki, rowery, siłownie, spacery, narty…

Dopóki miałam pojedyncze dolegliwości, zawsze znajdowałam na nie wytłumaczenie. Gdy zaatakowało mnie wielonarządowo, wiadomo było, że sprawa poważna. Każdy specjalista widział tylko wycinek, fragment mnie, nie traktował choroby całościowo, nie widział powiązań.

W wakacje wyciągając z psa kolejnego kleszcza pomyślałam o boreliozie. Poszłam do lekarza, zrobiłam standardowe badania na borelkę. Nic podejrzanego nie wyszło. No ale czułam się coraz gorzej.

Wakacje, mimo że wyjechałam, w większości spędziłam w łóżku. Po powrocie pracowałam, ale wszystko szło mi znacznie wolniej, słabiej. Straciłam na wadze… dużo, zawsze byłam raczej szczupła, a w najgorszym momencie choroby spadło mi blisko 20kg. Oczywiście chodziłam wciąż do specjalistów. Gdy czułam się bardzo źle korzystałam z zaległego urlopu, a sporadycznie chodziłam na zwolnienie. Czasem była poprawa. Czasem tylko chciałam, żeby była. W nocy spać nie mogłam, w dzień padam. Budziły mnie koszmary. Wciąż byłam w napięciu, stresie. Bałam się. Wszystkiego. Najlepiej czułam się w swoim pokoju. Od wakacji doszły mi dziwne dreszcze, drżenia kończyn, tiki. Osłabienie mięśni. Nie mogłam utrzymać czajnika, pokroić mięsa, ani odkręcić słoika. Zaburzenia widzenia. Nadwrażliwość na światło i dźwięk. Nasilona choroba lokomocyjna. No i to co najbardziej mi przeszkadzało – zaburzenia koncentracji, problemy ze zrozumieniem prostych tekstów/rzeczy, robienie błędów ortograficznych, literówek (których nigdy wcześniej nie robiłam!, przeciwnie, wcześniej często robiłam korekty i redakcje tekstów), niemożność skupienia się, luki w pamięci. Nie byłam w stanie rozwiązywać sudoku, ani czytać książek. I straszne zmiany nastrojów, histerie, lęki, panika.

W październiku 2016r. zdecydowałam się na badanie LTT. Diagnoza po teście LTT brzmiała „przewlekła aktywna borelioza”. Tak, kleszczy w ciągu mojego życia miałam dużo, łażących po mnie, wbitych. Ale rumienia nigdy nie zauważyłam. Jestem przyrodnikiem, z wykształcenia i zamiłowania, więc nieuniknione są z nimi bliskie spotkania. Setki kleszczy wyciągałam też z moich zwierząt.

W pracy o tym jak bardzo źle się czuję wiedziała od początku moja bezpośrednia przełożona. Wspierała, pomagała. Nie chciałam taryfy ulgowej, wręcz przeciwnie, było mi bardzo źle, że nie daję rady pracować na pełnych obrotach. Frustrowało mnie to dodatkowo. Ciężko przyznawać się do słabości i niedoskonałości. Ale w pewnym momencie poczułam, że muszę o chorobie powiedzieć także pozostałym osobom, z którymi pracowałam. Czułam, że jestem im winna wyjaśnienia mojej „inności”.

Zwlekałam z przyznaniem się do swych ułomności, nie wiedząc tak na prawdę co to jest, czy choroba to czy świrem jestem (tak, tak, w czachę też mi uderzyło). Choć oczywiście widzieli, że coś się dzieje. Po otrzymaniu diagnozy napisałam o tym do współpracowników. Nie miałam najpierw śmiałości, by zrobić to osobiście, więc wybrałam tę formę komunikacji. To był dobry pomysł. Ja przestałam się „ukrywać”, a oni dowiedzieli się jaka to choroba. Ich wsparcie, pomoc w dalszym etapie leczenia były bezcenne.

Dla mnie wszystkie przypadłości były i są mocno krępujące. Jestem bardzo ambitna, nigdy niczego nie zawaliłam, zawsze brałam na siebie bardzo dużo, z niczym się nie spóźniłam, a raczej wszystko zawsze miałam mega zaplanowane i przed czasem. Nigdy też nie chciałam mieć „taryfy ulgowej”, zwłaszcza w pracy. Zawsze chciałam i robiłam BARDZIEJ, MOCNIEJ, WIĘCEJ. Dużo ponad normę. Zawsze też uciekałam w pracę, rozmaite zajęcia, dawały mi radość i satysfakcję. Tym bardziej było to trudne, bo nie dawałam rady.

Następnego dnia po otrzymaniu wyników testu LTT zaczęłam „polować” na wolny termin, by zapisać się na wizytę do dr Toruńskiej. Wiedziałam od koleżanki, że pani doktor zajmuje się m.in. tą chorobą. Udało się. Do dr Toruńskiej trafiłam jesienią 2016r. i rozpoczęłyśmy leczenie, które trwało blisko dwa lata. To chyba najważniejsze, by znaleźć lekarza, któremu się ufa. Z którym chce się przejść całą tą wyboistą drogę. Cały czas trzymałam się zaleconej diety. Przyjmowałam leki. Początkowo comiesięczne wizyty, potem nieco rzadziej. Najpierw ulga, że wreszcie wiadomo z czym walczyć, że jest nadzieja. Potem… wielka sinusoida. Raz lepiej, raz gorzej. Okresy lepszego samopoczucia, przeplatały się z totalnym dołem.

W trakcie leczenia pojawiła się depresja… Nie mogłam sobie poradzić z tym, że poprawa nie następuje tak szybko jak tego oczekiwałam, że po niektórych lekach czułam się jeszcze gorzej, że objawy pojawiały się, znikały, potem wracały. Różne „urojenia”, poczucie odrzucenia, wyalienowania, bycia niepotrzebną, skreśloną. Urojenia, ponieważ były one w mojej głowie. Strasznie doskwierała mi niemoc. To, że z młodej aktywnej kobiety, stałam się mocno niesprawna i nieatrakcyjna. Że nie dawałam rady w pracy, że nie uczestniczyłam w życiu towarzyskim. To, że niczego nie można było zaplanować, bo nigdy nie wiadomo w jakim stanie rano się obudzę. Niechęć do zaczęcia kolejnego dnia, po pracy od razu zaszycie się w kołdrę. Nic nie cieszyło, nic nie bawiło, nic nie miało sensu.

Potrzebowałam pomocy i tabletek „na dzielność”. Pomogło. Leczenie zaczęło przynosić efekty. Okresy lepszej formy były coraz dłuższe. Choć przy każdym okresie gorszego samopoczucia, pojawiał się strach, okropny lęk, że znów będzie źle. W momentach, gdy było mi bardzo źle, stawiałam na przyjemności. Choć były chwile, że każdy krok bolał, starałam się wyjeżdżać. Pani doktor powtarzała mi, że głowa najważniejsza, że trzeba realizować pasje i spełniać marzenia. I chyba… w moim przypadku było to kluczem do sukcesu.

Nie czuję się idealnie, choć bez porównania lepiej. Zwolniłam. Bardziej o siebie dbam, więcej śpię, słucham siebie. Dbam o odporność, przestrzegam diety. Przebudowałam priorytety. Nauczyłam się przyznawać do słabości. Prosić o pomoc. Staram się wrócić do aktywności sportowej. Zaczęłam na nowo planować i stawiać sobie cele. Ale… wciąż jest we mnie lęk, że to paskudztwo wróci.

Zdecydowałam się przedstawić moją historię, ponieważ wiem jak ciężkie jest w tej chorobie poczucie osamotnienia. Poczucie braku zrozumienia. Inności. Ja przez cały czas miałam wsparcie Rodziny, Przyjaciół, znajomych.

Napisałam to także ku przestrodze, żeby się badać! Nie lekceważyć dziwnych symptomów. Gdy coś niepokoi, nie dać się uspokoić, gdy wyniki są w porządku, a mimo to ma się poczucie, że coś jest nie tak. Nie dać sobie wmówić, że jest się hipochondrykiem. Trzeba drążyć, szukać, nie odpuszczać.

Mam świadomość, że nieraz droga do powrotu do zdrowia jest ciężka. Długa, kręta, że są wzloty i upadki. To kiepska choroba. I tak naprawdę rzutuje na wszystko. Zdrowotnie, psychicznie, prywatnie, rodzinnie, służbowo. Nie można przez to przechodzić samemu. Ważne jest wsparcie najbliższych, znajomych. A przede wszystkim znalezienie lekarza, któremu się bezgranicznie ufa. Ja znalazłam.

Piszę także dlatego, że warto o tym mówić. Nie walczyć samemu. Nie zamykać się. Nie uciekać. Gdy przyznałam się co i jak, okazało się że mam najlepszych Przyjaciół na świecie. I za to dziękuję każdego dnia.

Zapisz się online